RPG online

Gry fabularne online

Forum RPG online Strona Główna -> Nekropolia -> Część I - Pierwsze łowy
Napisz nowy temat  Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Część I - Pierwsze łowy
PostWysłany: Pią 17:53, 31 Sie 2007
Keth
Mistrz Gry
 
Dołączył: 30 Sie 2007
Posty: 4663
Przeczytał: 3 tematy

Skąd: Nibylandia
Płeć: Mężczyzna





Kolejnych kilka postów stanowi zapis przebiegu sesji z forum Hord. Przez wzgląd na awaryjność tamtego forum uczestnicy zabawy postanowili kontynuować ją gdzieś indziej. Storylinia została tutaj zamieszczona dla celów zachowania ciągłości fabuły.


Ostatnio zmieniony przez Keth dnia Pią 18:17, 31 Sie 2007, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pią 17:55, 31 Sie 2007
Keth
Mistrz Gry
 
Dołączył: 30 Sie 2007
Posty: 4663
Przeczytał: 3 tematy

Skąd: Nibylandia
Płeć: Mężczyzna





Dnem niewielkiej kotlinki biegła rzeczka, jak co roku o tej porze niemal całkowicie wyschnięta. Mijające dziesięciolecie stało pod znakiem niebywale upalnego lata i tegoroczny sezon suszy nie odbiegał od normy, przez co porastające kotlinkę chaszcze pełne były suchych liści, a wysoka do kolan gęsta trawa przybrała niezdrowy odcień brązu. Kamieniste koryto potoku znaczyły gdzieniegdzie płytkie kałuże, połączone ze sobą wąskimi strumyczkami mętnej wody. W bajorkach trzepotały z pluskiem niewielkie kształty zdradzające obecność ryb dwudysznych, korzystających z ostatniej okazji do wytchnienia przed niebezpieczną wędrówką w poszukiwaniu innego wodnego zbiornika. Długie na łokieć ryby miały płaskie łby i wielkie oczy, w których zdawała się błyszczeć iskra niepokojącej inteligencji. Miały też smaczne białe mięso i nie tylko ludzie o tym wiedzieli.
Stojący na skraju koryta jaszczur przekrzywił głowę obserwując żółtymi ślepiami jedną z zatłoczonych rybami kałuż. Zwierzę stanęło słupka na swych silnie umięśnionych tylnych łapach, przez co dorównywało rozmiarami dorosłemu mężczyźnie, ale w kontekście masy ciała znacznie ludzki gatunek przewyższało. Śledzący zdobycz osobnik jeszcze nie zdążył osiągnąć dorosłości – świadczyły o tym pokrywające grzbiet kostne płytki o jasnej kremowej barwie, która po dwóch latach życia stwora zwykła przechodzić w ciemną żółć – a mimo to ważył już prawie sto dwadzieścia kilogramów. Chociaż zazwyczaj jaszczury te poruszały się na wszystkich czterech kończynach, potrafiły przemieszczać się również na tylnych nogach, korzystając z tej postawy przede wszystkim dla celów obserwacji otoczenia lub w walce z równorzędnymi dla nich drapieżnikami. Silnie upazurzone przednie łapy służyły im wówczas za bardzo niebezpieczną broń. Jedno szarpnięcie zakrzywionymi pazurami potrafiło wciągnąć nieostrożną ofiarę prosto pod pełną drobnych, ale ostrych jak brzytwa zębów paszczę, a ślina gada zawierała pewną wydzielinę o otępiających zmysły właściwościach, przez co nawet powierzchowne ugryzienie groziło poważnymi konsekwencjami. Masywny ogon pozwalał stworzeniu utrzymać w trakcie stójki równowagę, a jego bezpośrednie uderzenie miało w sobie dość siły, aby złamać człowiekowi rękę lub nogę.
Jaszczur znudził się najwyraźniej bezczynnością albo doskwierał mu głód, bo rzuciwszy spojrzeniem na prawo i lewo wydał z siebie ciche syknięcie i zeskoczył na dno koryta, lądując prosto w kałuży i rozchlapując na wszystkie strony wodę. Ryby wpadły z miejsca w szaleńcze ożywienie, miotając się niczym kawałki żywego srebra. Część z nich wyskoczyła na brzeg bajorka, zaczęła pełznąć jak najdalej od napastnika na swych miniaturowych, wciąż jeszcze słabo wykształconych odnóżach usytuowanych tuż za przednimi płetwami. Jaszczur zanurzył łeb w wodzie, pochwycił w paszczę kilka ofiar na raz, po czym zaczął miażdżyć zdobycz rytmicznymi ruchami szczęk.
Sto dwadzieścia kilo jego masy wybiło w błotnistym dnie rzeczki głęboką na pół metra dziurę, łapy stwora ugrzęzły w lepkim mule ograniczając na krótki czas jego ruchy. Zaabsorbowane posiłkiem zwierzę nie zwróciło na ten fakt uwagi.
Nie uszło to jednak uwadze kogoś innego.

Myśliwych było czterech. Żaden z nich nie skończył jeszcze osiemnastego roku życia, ale nie przypominali nastolatków ani budową ciała ani wyrazem zaciętych, przejmująco dorosłych oczu. Tkwili w chaszczach od świtu, pogrążeni w doskonałym bezruchu, nie ważący się poruszyć ani przemówić w obawie przed spłoszeniem zwierzyny. Ten dzień był dla nich szczególny, wyjątkowy pod każdym względem. Polowali rzecz jasna już wcześniej, ale zawsze w towarzystwie starszego wiekiem instruktora, który nie spuszczał ich z oczu i strofował na każdym kroku. Dzisiaj stanęli w obliczu próby, która miała z nich uczynić pełnoprawnych członków osady. Nobilitacja ta przynosiła ze sobą wiele korzyści, z których młodzi myśliwi jeszcze nie zdawali sobie w pełni sprawy: dawała im prawo głosu na obradach starszyzny i pozwalała na samowolne opuszczanie terytorium klanu bez zabiegania każdorazowo o zgodę kapryśnych przywódców.
Przybyli nad rzeczkę w nadziei na spotkanie z misiurami; gigantycznymi szczurowatymi o rozmiarach dawno wymarłych świń, które żerowały o tej porze roku w bardziej wilgotnych miejscach korzystając z ostatniej przed kulminacyjnym okresem suszy okazji do wygrzebania roślinnych pędów i ukrytych w wilgotnej ziemi insektów. Misiury nie gardziły świeżym mięsem, ale nie odziedziczyły po swych odległych ruchliwych przodkach ani ich zwinności ani zaradności, toteż większość zwierząt umykała poza zasięg ich pazurów pozostawiając niezgrabnym szczurowatym mniej atrakcyjne formy posiłków.
Czterech dobrze uzbrojonych młodych mężczyzn mogło sobie poradzić nawet z większym stadem misiurów, bo stworzenia te w przeciwieństwie do ludzi nie potrafiły wdrapywać się na drzewa i sprytny łowca z oszczepem mógł je bezkarnie razić ciosami broni zadawanymi z niższych gałęzi schronienia. Mięso misiurów nie uchodziło za rarytas, ale zawierało dość tłuszczu, aby zadowolić przeciętnego smakosza.
Tego dnia nad rzeczką pojawił się jednak inny drapieżnik. Jaszczury rzadko polowały w tym rejonie, ale dokuczliwa na południu susza sprawiała, że migrowały okresowo na północne terytoria, pozostając tam do początku sezonu deszczowego. Wraz z pierwszymi deszczami powracały na swe stare tereny łowieckie za lesistym masywem Besekydów, gdzie prawdopodobnie miały też lęgowiska.
Ludzie zdążyli się przyzwyczaić do ich obecności, odkrywając zarówno metody walki z rywalami na swych łowiskach jak i doceniając smak ich mięsa. Dochodzący do czterystu kilogramów żywej wagi samiec stanowił pokaźne źródło wysokokalorycznych posiłków, o ile pozwolił się wcześniej upolować, a nie było to łatwe wyzwanie nawet dla zaprawionych myśliwych. Sprytne gady z roku na roku stawały się trudniejszym przeciwnikiem, jakby wyciągając wnioski z błędów innych osobników swego gatunku.
Żerujący nad potokiem stwór był młody i niedoświadczony, co wieściło myśliwym spore szanse.

Łowcy tkwili w bezruchu dłuższą chwilę, nie mogąc się najwyraźniej zdecydować na atak. Podczas polowań grupowych stosowny moment zawsze wybierał instruktor, teraz jednak młodzi mężczyźni zdani byli wyłącznie na siebie. Pierwszy nie wytrzymał Krisu. Chłopak syknął znacząco przyciągając uwagę pozostałych łowców, zaczął poruszać rękami w gestach języka migowego. Język ten od zawsze stanowił element edukacji początkujących myśliwych w osadzie, chociaż członkowie starszyzny twierdzili, że w zamierzchłych czasach miał on całkowicie inne zastosowanie: przed Wojną służył jakoby za sposób porozumiewania się pomiędzy osobami o wadach mowy i słuchu. Obecnie kalectwo tego rodzaju trafiało się wśród członków klanu nad wyraz rzadko, bo prawa natury okrutnie eliminowały niepełnosprawnych mieszkańców osady – podczas polowań lub zbiorów owoców jako pierwsi ginęli od kłów drapieżników właśnie ci ludzie, którzy niedosłyszeli lub nie byli w stanie podnieść na czas alarmu. Użyteczny zatem system komunikowania przejęli myśliwi i strażnicy osady, kładący ogromny nacisk na umiejętność niemego porozumiewania się.
Krisu poruszył palcami lewej dłoni sygnalizując zamiar przejęcia inicjatywy. Nie czekając na odpowiedź towarzyszy chłopak prześlizgnął się za grupką blisko rosnących niewielkich drzew, starannie stawiając kroki i omijając grożące szelestem kępy trawy. Dotarłszy do brzegu błotnistego potoku przykucnął na moment za masywnym otoczakiem. Znajdował się jakieś piętnaście metrów od pożywiającego się w nieświadomości zagrożenia gada, odwróconego do łowcy ogonem. Zwierzę zanurzyło łeb w kałuży, zaczęło przecedzać przez zęby wodę wyłapując ryby. Krisu oderwał wzrok od jaszczura, spojrzał szybko w stronę towarzyszy.
Drugi myśliwy kiwnął głową na znak aprobaty dla Krisu. Gestami dłoni pokazał pozostałym dwóm członkom grupy, aby udali się w ślad za ich ukrytym przy otoczaku przyjacielem. Kilijan był nieco wyższy od pozostałej trójki i starszy zaledwie o kilka miesięcy. Z całego zespołu był też najbardziej porywczy i często nieco przeceniał swoje umiejętności; stąd też brało się jego częściej od imienia używane przezwisko „Bestia” – swym zachowaniem przypominał czasami zapędzonego w kąt drapieżnika. Usprawiedliwiała go jednak presja wywierana na młodzieńcu przez resztę rodziny: jego ojciec był jednym z najlepszych łowców i wojowników w osadzie i Kilijan bardzo chciał mu dorównać.
Uniósł pośliniony palec i sprawdził wiatr. Trzej pozostali łowcy skradali się cały czas pod wiatr, więc Bestia uznał, że dzięki małemu manewrowi odwracającemu uwagę stwora zdobędzie dla swych towarzyszy dość czasu na rzut oszczepem. Ta zdobycz warta była każdego wysiłku włożonego w grupowe działanie – nawet jeśli oznaczać to miało, że ktoś inny okryje się chwałą tego, który zadał śmiertelny cios.
Kilijan podrzucił oszczep w dłoni i zmrużył oczy spróbował oszacować odległość dzielącą go od zdobyczy. Był zbyt daleko, postanowił zatem podkraść się bliżej, wpierw jednak musiał odczekać, aż pozostali myśliwi podejdą bliżej ofiary.

Trzeci z myśliwych nazywał się Radek. Od zawsze uchodzący za młodziana w gorącej wodzie kąpanego, zwykł on robić dziwne i nie do końca przemyślane rzeczy, kiedy tylko pozostali myśliwi spuszczali z niego wzrok, a regularne lanie w wykonaniu zirytowanych kolegów jakoś nie umiało go z tej przypadłości wyleczyć. Przyczajony w kępie traw i obserwujący poczynania reszty łowców, doszedł znienacka do wniosku, że frontalny atak nie przyniesie żadnych rezultatów, a i zachodzenie ofiary od tyłu we trzech grozi jej przedwczesnym spłoszeniem. Młody myśliwy postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i za nic mając sobie przekazany językiem migowym plan kolegów postanowił wspiąć się na pochylony ponad rzeczką pień rozłożystego drzewa. Ufny z zasłonę z zeschniętych liści i przewagę wysokości, chłopak był niezbicie przekonany, że nawet słysząc podejrzane odgłosy jaszczur nie będzie dość bystry, aby spojrzeć w górę, a to pozwoli młodzieńcowi na nieoczekiwany atak.
Jak pomyślał, tak też zrobił. Poruszając się ostrożnie po konarach zawieszonego nad potokiem drzewa i balansując trzymanym w prawej ręce oszczepem znalazł się ponad tkwiącym w wodzie zwierzęciem. Przykucnąwszy na grubej gałęzi spojrzał w dół i stwierdził, że jaszczur wciąż pozostaje nieświadomy obecności intruzów, a pozostała trójka wciąż skrada się na pozycje wyjściowe do ataku.
I wtedy do głowy wpadł mu szalony pomysł. Widząc się znienacka w glorii i chwale łowcy, który w pojedynkę ubił jaszczura, młodzieniec ujął mocniej oszczep i skoczył z gałęzi wprost na żerującego poniżej gada, mierząc ostrzem broni wprost w kark zwierzęcia.
Bieg wydarzeń nabrał raptownie szalonego pędu. Tylko Krisu spostrzegł na czas improwizację Radka, ale nie miał już żadnej możliwości, aby go powstrzymać. Młodzieniec spadł w dół niczym skrzydlaty drapieżca, prosto w koryto rzeczki.
Niecały metr od jaszczura.
W powietrze wystrzeliła fontanna wody i błota, zawtórował jej donośny plusk. Pod wpływem ciężaru własnego ciała mężczyzna wbił się w mulaste podłoże rzeczki, znikł na chwilę pod powierzchnią wody, aby dosłownie po sekundzie wyrwać się spod jej brudnej tafli. Był oblepiony od stóp do głowy mułem, błoto zalało mu oczy i uszy. Straciwszy nieoczekiwanie orientację, Radek zrobił rzecz oczywistą dla każdego człowieka, który znalazłby się na jego miejscu, metr od szponiastego drapieżcy.
Wrzasnął, a ponieważ usta również miał pełne błota, czysty zazwyczaj i dźwięczny wrzask przeszedł mu tym razem w bełkotliwy skrzek.
Prawdopodobnie to uratowało mu życie. Widząc przy sobie cudacznego stwora, który pojawił się znikąd pośród ogłuszającego plusku, śmierdzącego błotem i wydającego zdumiewające dźwięki podobne chwilami do jaszczurzego skrzeku, wielki gad dosłownie zgłupiał. Drapieżnik nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego, więc wygiąwszy w łuk swój łuskowaty grzbiet wysadził wielkim susem na brzeg rzeczki, posykując ostrzegawczo i podnosząc niepewnie szponiaste łapy.
Dostrzegając kątem oka Krisu, pędzącego poprzez koryto rzeczki z uniesionym oszczepem, krzyczącego coś niezrozumiale i chlapiącego na wszystkie strony spienioną wodą, Bestia wyprostował się i zamachnął z całej siły ramieniem. Posłany w kierunku ofiary oszczep przeciął powietrze niczym wiedziony na sznurku, ugodził gapiącego się na Krisu jaszczura w bok tuż pod jedną z przednich łap. Metalowe ostrze broni wbiło się głęboko w ciało stwora, po skórze zwierzęcia pociekła struga krwi. Gad wyprężył się raptownie, zaświergolił donośnie głosem, w którym więcej można było wyczytać wściekłości niż bólu.
Pierwszą ofiarą jego gniewu padł Radek.
Ponieważ przecierający nieporadnie oczy myśliwy znajdował się najbliżej drapieżnika, gad runął wprost na niego, skacząc ponownie w kałużę. Radek dostrzegł rosnący mu z przerażający szybkością w oczach kształt zwierzęcia na ułamek chwili przed atakiem. Nie mając szans na ucieczkę, w akcie skrajnej desperacji wyszarpnął noszony w pochwie na udzie nóż. Ostra jak brzytwa klinga błysnęła na sekundę w promieniach słońca.
Znajdujący się zaledwie kilka metrów od potwora Krisu ujrzał jak posykujący wściekle jaszczur uderza z rozpędu w ciało stojącego mu na drodze mężczyzny i wciska je pod spienioną powierzchnię wody. Próbując przytrzymać ofiarę w miejscu zdrową łapą, drapieżnik zanurzył pysk w wodzie, zaczął szarpać schwytanego w pułapkę człowieka.
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pią 18:04, 31 Sie 2007
Keth
Mistrz Gry
 
Dołączył: 30 Sie 2007
Posty: 4663
Przeczytał: 3 tematy

Skąd: Nibylandia
Płeć: Mężczyzna





Krisu wypluł z ust wodę, zmienił układ rąk na drzewcu oszczepu i runął ponownie na gada. Zwierzę postąpiło co prawda na krok w stronę Vladimira, ale gwałtowne ruchy Krisu skutecznie odwróciły jego uwagę zarówno od znajdującego się pod wodą Radka jak i zastygłego w bezruchu Vlada. Oczy, podgardle, miękka skóra na brzuchu, okolice odbytu – Krisu wyliczył w myślach wrażliwe punkty jaszczurzej fizjonomii, na które zwracali młodzianom wcześniej uwagę doświadczeni łowcy. Spośród nich wszystkich najtrudniej dostępny dla napastnika był odbyt, bo śmigający w powietrzu ogon drapieżnika stanowił ekwiwalent solidnej drewnianej pały i zadane nim uderzenie mogło w skrajnych przypadkach doprowadzić nawet do pogruchotania kości. Niewielkie oczy osadzone po bokach podłużnej czaszki również nie stanowiły łatwego celu, a przy tym nawet celne trafienie nie zawsze oznaczało sukces – jasno dowodził tego oszczep Bestii sterczący z zakrwawionego oczodołu jaszczura. Ponieważ drapieżnik odwrócił się przodem do Krisu, myśliwy zdecydował się natrzeć na niego dzierżąc oszczep niczym włócznię, mierząc ostrzem podług sposobności albo w gardziel albo w brzuch.

Nie zdążył wprowadzić tego zamysłu w życie, bo ubiegł go znienacka ktoś inny. Wciąż jeszcze zamroczony upadkiem Kilijan pozbierał się jakoś na nogi, po czym spojrzał za siebie. Jaszczur robił stójkę odwrócony do myśliwego plecami, skrzeczał ostrzegawczo na Krisu. Bestii kręciło się w głowie, chłopak broczył cieknącą z rozbitego nosa krwią, czuł też pod językiem dwa poruszające się nieznacznie zęby. Nad silnym bólem górę wzięła jednak coraz większa złość na uparcie czepiającego się życia gada. Myśliwy skoczył do przodu, odbił się na ugiętych nogach od łachy suchej ziemi i wylądował z dzikim okrzykiem na grzbiecie jaszczura, tuż za jego łbem. Lewą ręką uczepiwszy się kostnych narośli na czaszce drapieżnika, młodzian zaczął uderzać dzierżonym w prawej dłoni nożem po gardle stwora, próbując na zmiany to wbić ostrze po rękojeść w ciało potwora, to rozpłatać nim gardziel gada.

Po palcach Bestii spłynęła ciepła posoka zwierzęcia, a świergotliwe dźwięki wydawane przez jaszczura nie przypominały już w niczym ptasich treli, ale drapieżnik wciąż jeszcze nie zamierzał się poddawać. Zwierzę zaczęło skakać z łapy na łapę, wyginając grzbiet i potrząsając nim konwulsyjnie, kręcąc na boki łbem w nadziei na złapanie uciążliwego jeźdźca zębami za nogi. Kilijan również nie ustępował, przeklinając na całe gardło i chlastając nożem jak popadło. Rany na szyi jaszczura robiły się coraz głębsze, krew płynęła z nich wartkim strumyczkiem, ale i Bestii dostało się w pewnym momencie, kiedy gad zdołał wykręcić łapę dostatecznie silnie, by rozedrzeć pazurami nogawkę łowcy i rozharatać mu łydkę.

Osłabienie drapieżnika było coraz wyraźniejsze. Krisu i Vladimir nie wahali się ani chwili, chcąc jak najszybciej dobić zmęczonego walką gada. Rzucili się do przodu ramię w ramię, brnąc poprzez błocko i chlapiąc wodą. Nie rzucili oszczepami, posłużyli się nimi niczym włóczniami napierając na odsłonięty w stójce korpus jaszczura. Bestia spostrzegł ich szarżę na czas i znalazł w sobie dość rozsądku, by po pożegnalnym cięciu w poprzek gardzieli stwora zeskoczyć czym prędzej z jego grzbietu. Ranny czy nie, jaszczur wciąż jeszcze podskakiwał konwulsyjnie i mógł się w każdej chwili obrócić tak nieszczęśliwie, że przeznaczone dla niego groty oszczepów trafiłyby w siedzącego na zwierzęciu człowieka. Myśliwy spadł w koryto rzeczki, wylądował na ugiętych nogach. Gdyby nie głęboka rana szarpana łydki, pewnie ustałby na nich, ale tym razem obolałe mięśnie zawiodły. Kilijan nie zdołał zrobić ani kroku, zwalił się na kolana zagryzając z bólu zęby.

Obrócił głowę w tył na czas, by ujrzeć jak Krisu i Vladimir wbijają ostrza w okryty miękką, pozbawioną łusek skórą brzuch jaszczura, wpychają je coraz głębiej w ciało stwora. Śmiertelnie raniony gad wydał z siebie świergotliwy skrzek, który gasł z każdą sekundą, dopóki nie ucichł całkowicie. Cielsko zwierzęcia drgało jeszcze przez chwilę w konwulsjach, potem ostatecznie znieruchomiało. Zdyszani i zbryzgani posoką myśliwi nie odrywali wzroku od martwej zdobyczy, jakby wciąż jeszcze nie pojmując do końca, że dopięli swego.

Ich zauroczenie przerwał dopiero głośny plusk – to pokiereszowany Radek wyczołgał się na brzuchu na brzeg rzeczki, zatrzymał się na łasze piachu wymiotując wodą i żółcią.

- Piękna akcja z tym twoim skokiem na kark – skomentował w końcu Krisu, posyłając kurtuazyjny ukłon w kierunku kulejącego Bestii – Pokaż nogę.

Krisu starał się uchodzić w gronie przyjaciół za domorosłego medyka, ponieważ jego dziadek należał do grona powszechnie szanowanych uzdrowicieli i starał się przekazać cząstkę swej ogromnej wiedzy wnukowi. Mimo iż większość mieszkańców osady pokpiwała z Krisu, kiedy ten wracał z włóczęgi po okolicznych lasach targając tobołki z leczniczymi ziołami i wywołującymi przyjemne wizje grzybkami, to jednak szybko zdano sobie sprawę z jego biegłości w opatrywaniu mniej i bardziej poważnych skaleczeń.

Rozbity nos Bestii przedstawiał opłakany widok, ale tylko tak wyglądał, żadna kość czaszki łowcy nie została naruszona. Gorzej było z poszarpaną pazurami gada nogą. Krisu pociął nożem kawałek skórzanego ochraniacza Kilijana noszonego przez chłopaka na udzie, zrobił naprędce opaski uciskowe założone następnie na silnie krwawiącą łydkę. Posypawszy głębokie szramy otrzymanym od dziadka proszkiem Krisu wstał z klęczek i klepnął towarzysza pełnym otuchy gestem w ramię.

- Jeśli nie dostaniesz zakażenia krwi, będziesz chodził. Woda tutaj jest dość brudna, ale przy odrobinie szczęścia nic nie złapiesz, zresztą ten proszek oprócz znieczulenia działa też odkażająco. A jak jednak wda się w ranę gangrena, dziadek tnie nogi profesjonalnie, zostawi ci tyle kikuta, ile tylko będzie można.

Bestia wlepił wzrok w twarz kolegi chcąc wyczytać z niej, czy ten żartuje czy też faktycznie mówi poważnie. Krisu odwrócił się jednak w międzyczasie, podszedł do skulonego na brzegu Radka.

- Jak się czujesz? – chociaż myśliwy wciąż jeszcze był zły na towarzysza za samowolną akcję, która omal nie doprowadziła do fiaska polowania, złość uchodziła z niego szybko na widok obrażeń Radka. Ostre zęby jaszczura porozcinały chłopakowi skórę na obu rękach i klatce piersiowej, a prawo ucho mu wisiało w strzępach. Krwawił z rozbitych warg i nosa. Ponieważ walkę o życie stoczył pod wodą, do jego krwioobiegu nie dostało się dużo jaszczurzej śliny, ale oczy chłopaka i tak zaszły lekką mgiełką otępienia, ewidentnym dowodem na to, że jednak coś tam jego organizm przyjął wskutek ugryzień. Krisu poklepał Radka delikatnie po policzku zwracając na siebie uwagę chłopaka, wyciągnął mu z dłoni ściskany kurczowo nóż, po czym zaczął opatrywać rany.

- Skocz w chaszcze po pręt i sznury – rzucił w stronę Vladimira, oglądającego z wszystkich stron jaszczura – Nie będziemy go ciągnąć do domu za ogon, trzeba jakoś powiązać tego bydlaka.

Podczas gdy Krisu zszywał metalową igłą rozdarte ucho Radka, Vladimir i Kilijan zaczęli oporządzać upolowanego jaszczura. Zwierzę zostało przywiązane za łapy i ogon do dwumetrowej długości metalowego pręta, do góry brzuchem. Kiedy dwaj myśliwi zarzucili sobie ładunek na próbę na ramiona, obaj stęknęli z wysiłku. Gad ważył naprawdę sporo i na twarzy Bestii pomimo zmęczenia wykwitł pełen satysfakcji uśmiech. Na polowanie wyruszyło tego dnia pięć grup żółtodziobów, ale Kilijan powątpiewał, by pozostali łowcy zdołali osaczyć równie spektakularną zdobycz. Młody myśliwy widział już oczami wyobraźni wieczorną ceremonię w osadzie, zdumione spojrzenia rówieśników i pełne aprobaty uśmiechy dziewcząt, uznanie na twarzy ojca i pozostałych członków rady starszych, prezenty dla najlepszych świeżo upieczonych myśliwych klanu...

- Dobrześ to przyszył? – marzenia przerwał mu brutalnie markotny w brzmieniu głos Radka, obmacującego z grymasem bólu zszyte grubą dratwą ucho – Lepiej, żeby nie odpadło po drodze. I po coś w ogóle wyskakiwał z tych krzaków? Jakbyś siedział cicho, to bym się obszedł bez konowała. Panowałem nad sytuacją...

Przywoławszy na twarz grymas męczennika Radek usiadł na brzegu rzeczki, gapiąc się ostentacyjnie w błoto i sterczące z niego drzewce własnego oszczepu.

- Nie bądź taka bźdźiągwa, rusz zadek i pomóż nam, zanim ktoś ci znowu spuści łomot – warknął spocony Vladimir. Bestia nic nie powiedział, posłał za to w stronę Radka znaczący i niezbyt przyjazny uśmiech. Kilijan przywiązał do swej zranionej nogi w miarę prostą gałąź, usztywniając kończynę i ułatwiając sobie w ten sposób kusztykanie.

- Dobra, zbierajmy się – zadecydował wsuwając oszczep do skórzanej pętli na plecach.

Oparłszy ciężki ładunek na ramionach mężczyźni zaczęli wspinać się w górę kotlinki, ostrożnie stawiając stopy na kamienistym zboczu. Nikt nie miał zamiaru tracić równowagi: upadek w tym miejscu mógł pociągnąć w dół stoku pozostałych łowców. Dodatkowe siniaki i nieuniknione potem kuksańce rozsierdzonych kolegów nie były nikomu potrzebne, zwłaszcza w obliczu obrażeń jakie łowcy już zdążyli zaliczyć.

Byli już w połowie stoku, w wysokich po kolana suchych trawach, kiedy do ich uszu dotarł dziwny dźwięk, przybierający na sile gdzieś za plecami. W pierwszej chwili przywodził on na myśl syk, szybko przeszedł jednak w klekot, który zakończył się przenikliwym ptasim świergotem.
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pią 18:06, 31 Sie 2007
Keth
Mistrz Gry
 
Dołączył: 30 Sie 2007
Posty: 4663
Przeczytał: 3 tematy

Skąd: Nibylandia
Płeć: Mężczyzna





Dźwięk ten zmroził wszystkim krew w żyłach. Nie wypuszczając zdobyczy z rąk ludzie obejrzeli się z wolna za siebie, w kierunku przecinającego kotlinkę koryta potoku. Na szczycie przeciwnego zbocza, w kępie niskich kolczastych drzewek, stał słupka jaszczur, świdrujący myśliwych złowieszczymi ślepiami. Pod skórą stworzenia prężyły się węzły muskułów, jego ogon bił coraz silniej w ziemię wzbijając obłoczki kurzu i wieszcząc rychły atak.

Myśliwi zrozumieli w ułamku chwili, co oznaczały rozpaczliwe skrzeki upolowanego przed chwilą gada. Z koloru łusek wywnioskowali już wcześniej, że mają do czynienia z młodym osobnikiem i zachwyceni tym stanem rzeczy zapomnieli zadać sobie podstawowe w takich okolicznościach pytanie: czy młodzik faktycznie żerował w kotlince sam?

Stojący na zboczu jaszczur mógł śmiało stawać w szranki z całą drużyną doświadczonych łowców: był starą samicą o pazurach, które dorównywały długością przedramieniu dorosłego człowieka. Jeśli nawet ktoś ślepy nie spostrzegłby głębokiej żółci grzbietowych łusek stwora, i tak musiał się przerazić rozmiarów ważącego ponad trzysta kilogramów potwora.

Wszystko rozegrało się w przeciągu kilku sekund. Wydawszy z siebie ostrzegawcze parsknięcie jaszczur runął w dół zbocza, sadząc wielkimi susami w stronę struchlałych łowców. Ziemia zadrżała pod jego ciężarem, spod pazurzastych tylnych łap pryskały kamienie. Potwór miał po swojej stronie masę ciała, szybkość oraz wściekłość pozbawionej potomstwa matki.

Wynik tego starcia nie budził niczyjej wątpliwości.

Atak okazał się tak nieoczekiwany, że jaszczur pojął ogrom zagrożenia dopiero po kilku sekundach. Coś, co od rana sprawiało wrażenie wielkiego drzewa poruszyło się znienacka, ze skrzypieniem konarów i szelestem mięsistych liści, uderzając niczym przyczajony w zasadzce wąż. I tak już przerażeni łowcy tym razem dosłownie osłupieli. Wielkie ruchliwe gałęzie pochwyciły jaszczura w połowie skoku, przycisnęły mu zad do ziemi. Zwierzę wydało z siebie skrzekliwy wrzask, bardziej powodowany zaskoczeniem niż bólem, zaczęło targać szponiastymi łapami za oplatające go coraz silniej konary. Powietrze zrobiło się znienacka pełne podartych liści i kawałków wilgotnego drewna. Pociągnięty w tył jaszczur padł na brzuch, uderzył pyskiem w ziemię, zaczął orać grunt łapami próbując złapać jakieś oparcie.

Drapieżna roślina nie dała mu żadnych szans. Brocząc żywiczną posoką z wyoranych szponami zwierzęcia szram, drzewo poderwało trzystukilowego jaszczura w górę i pociągnęło konarami ku wielkiej szparze w pniu, połyskującej wilgocią kwasów trawiennych. Gad zaskrzeczał raz jeszcze, jego głos urwał się raptownie, kiedy nagłe uderzenie grubej gałęzi przetrąciło stworzeniu kark.

Dopiąwszy swego liściasty drapieżca znieruchomiał ponownie, lekkie podmuchy wiatru zaczęły kołysać jego konarami. Po plecach myśliwych przebiegły lodowate ciarki, kiedy uświadomili sobie w końcu, co takiego towarzyszyło im od świtu nad rzeczką, czyhając w bezruchu na odpowiednią ofiarę.

Nikomu z łowców nawet przez myśl nie przeszło, by przedsięwziąć jakiekolwiek agresywne działania wymierzone w drzewo. Skoro olbrzymia roślina poradziła sobie bez trudu z dorosłym jaszczurem, czterech poobijanych młodzieńców nie stanowiłoby dla niej żadnego zagrożenia.

- Bierzmy jaszczura i spadajmy stąd – zaproponował w końcu Bestia. Nikt nie zaoponował, jedynie Radek spojrzał tęsknym wzrokiem na dorosłego gada, dyndającego pośród gałęzi opodal otworu gębowego drzewa.

Złapawszy za metalowy pręt myśliwi podnieśli swój łup i wspięli się co sił na szczyt zbocza, rzucając co chwila nerwowe spojrzenia za siebie. Drzewo tkwiło w bezruchu, jedynie najwyższe z jego konarów poskrzypywały na wietrze.

Kwadrans później młodzieńcy opuścili kępę usychających drzew i przecięli pas odkrytej przestrzeni, który wedle słów jednego ze starszych wioski był niegdyś drogą. Faktycznie, uważny obserwator mógłby odnaleźć w kępach gęstej trawy ledwie rozpoznawalne resztki utwardzanej nawierzchni, spękanej i zerodowanej biegiem czasu. Dokąd właściwie ta droga biegła i jakie ze sobą miejsca łączyła, nikt z mieszkańców osady nie wiedział i nikogo to specjalnie nie intrygowało – wystarczyło, że stanowiła łatwo rozpoznawalny punkt orientacyjny dla bawiących się czasami w jej otoczeniu dzieci. Żaden z myśliwych nawet nie spojrzał na sterczący z ziemi, przechylony mocno w bok metalowy pręt, na którym wisiała zżarta rdzą tablica. Popękana farba odchodziła płatami od blachy, ale wciąż jeszcze dawało się odczytać umieszczony na niej całe stulecia wcześniej napis.

Napis w górnej części tablicy wykonano w języku, którego żaden z młodych myśliwych nie znał, ale był on dostatecznie czytelny, aby potrafili te obco brzmiące słowa przeliterować:

„NATO Military Base – 16. Access for authorised personnel only”.

Chociaż nikt z mieszkańców osady nie rozumiał tego cudzoziemskiego tekstu, członkowie starszyzny sugerowali czasami, że tablica mogła stanowić rodzaj ostrzeżenia przed strefą zamkniętą położoną o pół dnia marszu od wioski. Młodszych wiekiem obowiązywał całkowity zakaz zapuszczania się w tamte strony, a i ekspedycje udające się co jakiś czas na szaber skrupulatnie omijały otoczony złą sławą teren. Opowiadane sporadycznie historie, wygłaszane zazwyczaj ku przestrodze dzieci i nastolatków, pełne były obrazów spalonej ziemi, zdradliwych ruin grożących w każdej chwili zawaleniem, pojawiających się nocą świateł i zagadkowych dźwięków. Dobre dwadzieścia lat temu niewielka grupa śmiałków puściła koło uszu ostrzeżenia starszyzny i udała się kierunku strefy. Z siedmiu zuchwalców powrócił tylko jeden, podobno cały we krwi swych towarzyszy, bełkoczący coś nieskładnie o ognistych jęzorach i huczących metalowych potworach. Chociaż sam nie miał na ciele ani jednej rany, zmarł po kilku dniach, tocząc z ust pianę i krzycząc przeraźliwie. Tej właśnie tajemniczej historii używali starsi wioski chcąc odżegnać potencjalnych śmiałków od ponownej wyprawy w tamte strony.

Poniżej wisiała mniejsza tabliczka, w zielonym kolorze, zakończona strzałką. Widniała na niej nazwa, która sprawiała swym brzmieniem przyjaźniejsze wrażenie, chociaż nadal niewiele myśliwym mówiła. Wedle słów członków starszyzny wskazywała ona drogę ku jednemu z legendarnych Miast, zniszczonych w trakcie Wojny i stanowiących teraz ciągnące się kilometrami wypalone ruiny porośnięte zachłanną roślinnością, zamieszkane przez plemiona kanibali i dzikie zwierzęta. Skrywające bajeczne skarby metropolie budziły od dziesięcioleci gorączkę pożądania i szaleńcze marzenia wśród wielu młodych członków klanu, ale starszyzna osady bezwzględnie i pod rygorem najsurowszych kar zabraniała udawania się w tamte strony – tak straszną cieszyły się one opinią.

Napis w dolnej części drogowskazu głosił:

„Opole – 28”.

Do zbudowanej na niewielkim wzniesieniu terenu osady osady pozostało już tylko kilkaset metrów, dlatego łowcy zwolnili kroku i odetchnęli z nieskrywaną ulgą. Wrócili do domu.
Zobacz profil autora
Część I - Pierwsze łowy
Forum RPG online Strona Główna -> Nekropolia
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin